Tatry Zachodnie jesienią.
2011/06/02 09:24 Komentarze: 0
W ramach oszczędności czasu i sił podreptaliśmy wypożyczyć rowery. Klekoty (bo tak się powinny nazywać) nawet miały hamulce i w co drugim działały przerzutki więc nie było na co narzekać. Widoki były, humory też więc przygoda z górami rozpoczęła się dobrze. Podróz rowerowa jak wiadomo długa nie była bo to tylko 7,5km ale plecak na plecach robił swoje. Ciężko było - ale tu nam natura chciała bardzo pomóc - puściła troszkę wiatru (tylko czemu w oczy) i deszczu (no - ten przynajmniej z góry padał). Na szczęście nie trwało to długo i mieliśmy okazję wejść do schroniska suchą stopą. Gdyby to było lato pewnie rzucilibyśmy się jeszcze choćby na Grzesia, ale cóz...ciemno się już robiło i więc pozostało ustalenie trasy na niedzielę.
Plany były ambitne. Wstałyśmy wcześnie i bez większych trudności - zmiana czasu nam sprzyjała. Kierunek na dziś - Grześ. Dotarłyśmy na szczyt w słońcu, przy niewielkim wietrze. Po naszej stronie piękne widoki - bez chmurek, po słowackiej cudowne morze bardzo niskich chmur. Z daleka widać tylko wyłaniające się szczyty jak wyspy na oceanie. Na szczycie jeden ludek oprócz nas. I to by było na tyle jeśli chodzi o cudowne widoki tego dnia... Zejście z stronę Rakonia jeszcze w słońcu. Potem - no cóż - widocznie słońce miało już fajrant i zostaliśmy otoczeni chmurami. Niezbyt nachalnie przykrywały niebo aż do czasu zejścia z Rakonia.
Nagle pojawił się silny wiatr, deszczyk przmienił się w ulewę z wiatrem. Przy skrzyżowaniu szlaków niebieskiego i zielonego pierwsza większa grupka osób - Węgrzy chyba. Poprzedniego dnia długo balowali w schronisku i byli tak samo głośni jak w górach. Minęliśmy ich - w deszczu i przy wtórze wyjącego wiatru wdrapaliśmy się na Wołowiec. Tam mały odpoczynek, jedzonko, herbatka i zmiana planów. Od słowackiej strony przewalała się w naszą stronę mgła w tempie zastraszającym.
Współtowarzysze po krótkim zastanowieniu stwierdzili, że nie idą dalej choć w planach było jeszcze sporo punktów do zdobycia. Patrząc na to co się dzieje, osłaniając twarz przed deszczem i wichrem nie miałam zbytniej chęci protestować i zarządziliśmy odwrót. To co widziałam później utwierdziło mnie w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Grzecznie zeszliśmy z Wołowca i zielonym szlakiem po arcyśliskich kamyczkach w dół przez Wyżnią Polanę Chochołowską. Za nami pozostała mgła gęsta i szara jak dym, z deszczem i wichrem na szczytach. Przed nami były mokre kamienie, na których kijki pomagały utrzymac równowagę. A potem las i błoto, dużo błota.
Wieczór w schronisku i ciepły posiłek poprarwił nam humory.



Lovely site :) t
Autor: James
Jest duży problem by się tam dodzwonić i jeszcze strona www nie zawsze działa. Ich "komórka" 695530813. PZDR
Autor: ...
Z wielkim trudem telefonicznie udało mi sie dokonać rezerwacji miejsc noclegowych w schroniski, ale żeby je teraz potwierdzić, to w żaden sposob nie mogę sie
Autor: dot. kontaktu
czyli idealne warunki dla miłośnika górskich wypraw :))
Autor: wioletta
Poprawcie to żenujące zdjęcie schroniska (powyżej), bo pokazuje lustrzane odbicie rzeczywistości - wszak głaz leży po lewej stronie od wejścia :D
Autor: Tadzik