Posiad pod Ciemniakiem
2009/06/17 13:04 Komentarze: 0
Zawieszony wysoko nad Wąwozem Kraków długo wpatrywałem się w szary monument Kominiarskiego. Mimo rosnącego zachmurzenia, jakoś odeszła mi ochota do forsownego marszu. Kilka spraw zostało na nizinach. Trzeba było coś z nimi zrobić.
Tu, na górskim szlaku nie było pośpiechu. Od kilku już dni chodziłem z pozoru beztrosko. Nadszedł taki moment, że zupełnie wyciszony i uwolniony od codziennej nerwowości, mogłem się spokojnie zastanowić.
To przytrafia mi się w górach za każdym razem. Po kilku dniach ostrego chodzenia przychodzi pora na spokojne podsumowanie nizinnej codzienności. Jakbym widział siebie z boku. Sprawy pozornie tracą wymiar osobisty. Zaczynam wtedy oceniać siebie jak zupełnie inną osobę. Bez samolubnego usprawiedliwiania wątpliwych posunięć i postaw. Nie wszystkie wnioski bywają budujące.
Kawałek dalej za szczytem w wąskiej rozpadlince siedziała grupka młodych ludzi. Odpoczywali. Byli w wieku okołomaturalnym. Wesoło rozmawiali z wyraźnie krakowskim przyśpieszaniem końcówek zdań. Małe plecaki wskazywały na jednodniową eskapadę. Pogodnie odpowiedzieli na pozdrowienie. Przysiadłem się do nich. Wyciągnąłem kanapki i termos. Ogrom mojego wora wyraźnie budził ich szacunek. Każdy z nich przyszedł tu ze swoim małym bagażem i pewnie po drodze też mocno narzekał na jego ciężar. Każda Golgota ma swoją osobistą gorycz.
-Za jakie grzechy dają taką pokutę? – przekornie zagadnęła późna nastolatka z figlarnym błyskiem w oku.
-Za własne – odpowiedziałem z wyraźnym zainteresowaniem głębią tego błysku.
Wyobrażając sobie atrakcyjność moich przewinień w aspekcie ogromu pokuty bractwo skwitowało to śmiechem i zajęli się przerwana rozmową.
Na takich górskich posiadach natychmiast wszyscy są ze sobą na ty i to bez względy na olbrzymią czasem różnicę wieku. To, że rozmiłowani w górach pochodzą w prostej linii od tej samej pramałpy, jest dla nich oczywiste. Młodzieżowe towarzystwo wyraźnie jednak unikało „tykania” swojego mentora.
-Niekoniecznie. Same góry jeszcze niczego nie rozwiązują.
-Piękna jest ta twoja świątynia ... być może modlisz się lepiej niż każdy z nas – zakończył.
-Może ... -tylko tyle zdołałem wydukać.
Starszy pan wiedział, że pokonał mnie w kilku słowach, ale na jego twarzy nie było cienia tryumfu. Rozmowy potoczyły się dalej.
Posiedziałem z nimi jeszcze przez jakiś czas, spakowałem się i poszedłem dalej. Pożegnaliśmy się ze szczerymi uśmiechami. Na Kondratową dotarłem wieczorem w siąpiącym deszczu.
Tak zapamiętałem to spotkanie.
Wiele lat później rozpoznałem w telewizorze charakterystyczną twarz i celowe, dla uproszczenia omawianych spraw użycie zakopiańskiej gwary przez starszego pana – Józef Tischner - wtedy był już profesorem.
W ciągu tych trzydziestu z górą lat nie znalazłem dobrych argumentów, by móc kontynuować tamtą rozmowę i bronić wtedy postawionej tezy. Zresztą od dawna już wiem, że takich argumentów po prostu... nie ma!
Ani dzisiaj, ani jutro ... nigdy już żadnej innej rozmowy z księdzem profesorem kontynuować się nie da. A szkoda. Do bólu!
Pisane w nocy po telewizyjnej informacji o śmierci księdza profesora Józefa Tischnera.
Autor: Zygmunt Skibicki.



A pewnie skoro tylko zjechali dupami na dół to powinni płacić
Autor: Leo
W tym roku niestety nie udało mi się być a z tego co widze było bardzo ciekawie. Tatry jednak już mnie ściągają bo już za tydzień na szlak ! xD
Autor: Tomasz
Bardzo fajny klimat festiwalu i atmosfera jak w schronach z roku na rok jest ciekawiej, podobało mi się.
Autor: ania
Ciekawe jak gorale w kierpcach chodzili po gorach? Ani podeszwy gumowej takie cudo nie ma ani usztywnionej kostki.
Autor: sjd
Co to za słowo "żadkim"?!
Autor: Anna