|
Śniadanie przed schroniskiem ornaczańskim dojadłem pośpiesznie. Meteo zapowiadało na popołudnie opady deszczu, a mnie czekała daleka droga pod ciężkim plecakiem. Starą leśna drogą wolno podchodziłem pod Tomanową. Mocno starte bieżniki pionierek kiepsko trzymał się rozmoczonej ziemi. Skórzane pasy plecaka ostro wgniatały się w ramiona. Nawet podłożenie pod nie dwóch małych ręczników niewiele pomagało. To właśnie wtedy postanowiłem, że na kolejny wyjazd kupię sobie plecak ze stelażem i szerokimi miękkimi pasami. „Ciężki plecak, los garbaty W czoła pocie dźwigasz klnąc, A w plecaku jakieś graty, Trochę żarcia no i koc. Widzisz głupi jak to jest, Tyle drogi w taki deszcz”
|
|
|
Gorąca, wczesna kolacja po całym dniu łażenia po górach błyskawicznie znikała ze stołu. Z Murzasichla na Wołowiec i z powrotem to razem ponad piętnaście godzin od pobudki. ............................... Trudno opisać naszą radość, gdy po kolacji Wódz zadzwonił do meteo na Kasprowy i spytał o pogodę na następny dzień dla Tatr Wysokich. Chyba nie była rewelacyjna ta prognoza, bo lekko się skrzywił lecz wreszcie rzekł: – Przepakować plecaki, buty na glanc, umyć termosy, kanapki sam zrobię. Pobudka o drugiej. Wychodzimy przed trzecią. Idziemy przez Toporową, Murowaniec, Zawrat, Świnicę i Kasprowy. Powrót przez Kuźnice. Mówią, że wieczorem może przelotnie lać, ale kurtki mamy suche.
|
|
Bezlitosne ujadanie budzika o piątej rano nie jest miłym dla ucha dźwiękiem. Tym bardziej, że kończył się był niezwykle miły letni pobyt w schronisku pięciostawiańskim, czyli Piątce jak je wiele lat temu nazwali protoplaści tatrzańskich peregrynacji. Fakt... jest na piątkę! Trochę połaziłem sam, z patrolem Straży Parku poszlajałem się po przepastnych stokach Miedzianego, spotkałem na wieczornych posiadach kilka ciekawych osób, nieco się powspinałem z jedną z nich... Czego więcej można chcieć? Teraz jednak kończył się ten pobyt i trzeba było cicho, nie budząc śpiących w sypialni i na korytarzach wynieść swoje graty i siebie samego na zewnątrz. Sprawa nie była prosta. Sezon w rozkwicie i tłok rozsadzał schronisko niemal dosłownie. Z czołówką na głowie, ciężkim worem na plecach, buciorami w rękach wylawirowałem pomiędzy śpiącymi. Kogoś nadepnąłem jednak, ale cichym "Dzień dobry..." uniknąłem pretensji. Dobrze, że na nogach miałem lekkie i miękkie obuwie.
|
|
Biało niebieski autobus schował się za niedalekim zakrętem i mokra szosa na przełęczy w jednej chwili stała się zupełnie inna. Chwilę postałem patrząc na pusty zakręt. Jeszcze przed chwilą było tu kilka osób. Jedna była mi nawet bliska. Rozmowy, śmiechy, ktoś brzdąkał na gitarze. Wsiedli do tego autobusu i odjechali. Wszystko ucichło. Zostałem sam. Drobny deszcz siąpił delikatnie, ale uporczywie. Brezent skafandra jeszcze nie wysechł po nocnym łażeniu a już znów nasiąkał. Sweter i koszula też były wilgotne. W butach czułem ciepłą wodę. Wolno wszedłem w połogą drogę do schroniska na Markowych Szczawinach.
|
|
Od kilku dni schronisko chochołowskie ociekało deszczem. Nieliczni wrześniowi turyści przesiadywali w jadalni popijając to i owo głównie zaś szatańską herbatę na firmowym wrzątku. Okołopołudniowe fale biegaczy, którzy tu właśnie kończyli swoje eskapady, przynosiły szelest zdeszczonych, foliowych peleryn w szalenie modnym tego roku wściekle fioletowym kolorze. Gwarnie oblegali bufet, coś tam zjadali i humory im wracały, ale częściej spoglądali w rozmoczone mapy niż na zaparowane okna. Smętne ich miny znikały po krótkim czasie i tylko "Mariola – o kocim spojrzeniu", z zadowoleniem podłączała kolejną beczkę piwa. Wszelkie próby wejścia na cokolwiek niezmiennie kończyły się dopełnieniem coraz słabiej działającej suszarni. BEZNADZIEJA. Dopiero wieczorami, gdy zaokienny kapuśniak nie drażnił już oczu, pobrzękiwała gitara i robiło się jakoś cieplej na duszach, co to chciałyby ku graniom. TĘSKNOTA.
|
|
|
|